O autorze
Łukasz Grajewski - ur. 1985. Socjolog, absolwent Studium Europy Wschodniej UW. Pracuje w trzecim sektorze, prowadzi projekty edukacyjne i kulturalne w Polsce i państwach Europy Wschodniej. Redaktor portalu o Partnerstwie Wschodnim - Eastbook.eu. Autor licznych publikacji w polskich mediach. Obecnie poznaje Niemcy.

5 rzeczy, których warto nauczyć się od Niemców

autor: Łukasz Grajewski
Dwa miesiące trwały lekcje niemieckiego prowadzone na łamach Na Temat. Mój pobyt w Niemczech dobiega końca. Czas na podsumowanie.

Rozsądek podpowiada, żeby nie tworzyć generalizacji i osądów na temat naszych zachodnich sąsiadów. Nie po zaledwie 2 miesiącach. Jednak pewne kwestie w szczególności przyciągnęły moją uwagę. Przedstawiam je poniżej. Forma lekka, popkulturowa, treści natomiast jak najbardziej serio. Tak też proszę potraktować cały cykl „Lekcji niemieckiego”, jako przyczynek do bliższego poznania Niemiec.



1. Ład przestrzenny

Dla mieszkańca Warszawy, wielkoformatowe reklamy zasłaniające miejski krajobraz to smutna codzienność. Możliwe, że wkrótce w reklamy opakują nam nawet Pałac Kultury. W niemieckich miastach taka ingerencja w ład przestrzenny jest zabroniona. Przepisy regulują co i gdzie można powiesić. Nikt pewnie nawet nie pomyśli o wywieszeniu wielkoformatowej Beyonce w bikini na Bramie Branderburskiej.

Różnice najbardziej widać na wylotówkach z miast. W Polsce to teren całkowicie zdominowany przez reklamy umieszczane na płotach i ogrodzeniach. Pstrokacizna i chaos ostro dają po głowie. Żeby to zmienić na modłę niemiecką musielibyśmy zgodzić się na nowe regulacje. A przepisów i ingerencji państwa w Polsce nie lubimy. Przejdźmy więc do punktu numer dwa.

2. Szacunek dla państwa

Niemiec, z powodów, nazwijmy to skrótowo, historycznych, nie afirmuje niemieckiej flagi i nie intonuje spontanicznie swego narodowego hymnu. Co nie przeszkadza mu w zupełności uprawiać patriotyzm w wersji codziennej i praktycznej. Mam na myśli płacenie podatków, kupowanie niemieckich produktów i generalną aprobatę dla mocnego aparatu państwowego działającego na rzecz obywateli. Przykład? Abonament medialny płaci ponad 90% Niemców, przez co program w stacjach państwowych jest z tych misyjnych. W rezultacie zaufanie do pracy dziennikarzy na państwowych etatach jest bardzo duże.

3. Zgoda narodowa

Pozostańmy przy mediach. Wczoraj odbyła się telewizyjna debata wyborcza Angeli Merkel i Peera Steinbrücka (kandydat na stanowisko kanclerza z ramienia socjaldemokracji). Debatę zorganizowały razem stacje państwowe i prywatne. Kandydaci merytorycznie odpowiadali na pytania dziennikarzy, a siebie nawzajem traktowali z szacunkiem i sympatią. Co więcej, Steinbrück był ministrem finansów w rządzie Angeli Merkel w czasach wielkiej koalicji chadeków z CDU i socjaldemokratów z SPD.

W Polsce też kiedyś planowano ponadpartyjny układ polityczny, który miał skupiać się na interesie państwa. Tak, tak, wspominam rok 2005, zamierzchłe czasy POPiSu i premiera z Krakowa. W 2013 żyjemy w czasach wojny plemiennej, a energię marnujemy na przerzucaniu się inwektywami. Konsensus w wydaniu niemieckim prezentuje się zdecydowanie lepiej niż polska naparzanka.

4. Społeczne innowacje

Opisywałem tu wcześniej fenomen niemieckich oranżad, które nie tylko cieszą się powodzeniem u samych Niemców, ale stają się świetnym towarem eksportowym. Pisałem też o systemach car-sharingowych. Choć pieniądz wciąż gra w Niemczech pierwsze skrzypce, to młode pokolenie przywraca kapitalizmowi ludzkie oblicze. Stąd wysyp inicjatyw biznesowych odwołujących się do odpowiedzialności społecznej, poszanowaniu lokalności i ekologii.

5. Struktura

„U nas wszystko musi być zaplanowane. Struktura jest najważniejsza” – usłyszałem od koleżanki pracującej w agencji informacyjnej w Berlinie. I fakt, dobry plan poparty ciężką pracą minimalizuje tu ryzyko niepowodzenia. W Polsce pracujemy równie ciężko, ale pewne niedostatki w planowaniu czasem powodują, że wszystko się na końcu wali. Pomysł znakomity, ale o paru istotnych szczegółach się zapomniało. Polak wtedy uruchamia spontaniczną umiejętność kombinowania. Spontaniczności Niemcy mogliby się z kolei nauczyć od Polaków. Na poparcie tej tezy przywołam pewną życiową historyjkę:

Pewnego dnia wybrałem się w Magdeburgu na spektakl teatralny. Scenę i widownię zaaranżowano w ogrodzie na świeżym powietrzu. Widzowie siedzieli przy stolikach. Dziwnym trafem dla mnie zabrakło miejsca. Przy stoliku numer 30, nie było krzesła numer 33, który to numer widniał na moim bilecie. Pani z obsługi przez kilka minut zerkała to na plan widowni, gdzie krzesło numer 33 istniało, to na rzeczywistość, w której krzesła brakowało. Do rozwiązania sytuacji zadzierzgnięto zespół dwóch technicznych, którzy ochoczo przyłączyli się do łypania to na plan, to na miejsce bez krzesła. Gdy dezorientacja z powodu niezgodności rzeczywistości względem planu sięgnęła zenitu, postanowiłem interweniować. Podszedłem do ściany budynku, o którą oparte były zapasowe krzesła i umieściłem jedno z nich w miejscu zarezerwowanym dla numery 33. Obsługa odetchnęła z ulgą, ale jeszcze przez parę minut przyglądała się kartce papieru i dochodziła do tego, jak to się stało, że krzesła nie było. Kurtyna. Brawa.

I to w zasadzie tyle. Czas zakończyć wakacyjne lekcje niemieckiego i powrócić do warszawskiej codzienności. Dziękuję redakcji Na Temat za współpracę, a wszystkim czytelnikom za uwagę i komentarze. Zapraszam do przejrzenia pozostałych tekstów z serii "Lekcje niemieckiego". Intuicja podpowiada mi, że to nie ostatni wyjazd za naszą zachodnią granicę. Niewykluczone, że cykl doczeka się kontynuacji.
Trwa ładowanie komentarzy...